Tragedia to nie wyścig o kliki. Jak relacjonować ataki w szkołach

Poniżej prezentujemy najnowsze informacje ze świata kina i filmu. Artykuł dotyczy aktualnych wydarzeń branżowych, zapowiedzi produkcji, premier oraz tematów, które mogą zainteresować widzów śledzących nowości filmowe.

Nie budować rozpoznawalności napastników, nie spekulować o ich zdrowiu psychicznym i nie zamieniać tragedii w wyścig o kliknięcia – na te zasady wskazują rozmówcy Wirtualnemedia.pl. Po atakach w szkołach pytamy o odpowiedzialność redakcji i potrzebę wypracowania zasad podobnych do zaleceń dotyczących informowania o samobójstwach.

Tragedia to nie wyścig o kliki. Jak relacjonować ataki w szkołach

Jeśli opisane w tekście wydarzenia wywołują u Ciebie lęk lub inne trudne emocje, możesz porozmawiać o tym i uzyskać wsparcie. Dzieci i młodzież mogą zadzwonić pod 116 111 lub 800 12 12 12, a osoby dorosłe pod 116 123.

Ataki w Ostrołęce i Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem wywołały dyskusję o bezpieczeństwie szkół. Kolejne informacje o zatrzymaniach młodych osób rodziły pytania o przyczyny przemocy, zdrowie psychiczne dzieci i wpływ internetu. Pojawiło się też ważne pytanie do dziennikarzy: jak relacjonować takie wydarzenia, by nie potęgować strachu i nie dawać sprawcom rozgłosu?

Zdaniem Adama Szynola, wykładowcy z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego, redakcje powinny wspólnie zastanowić się nad sposobem relacjonowania takich zdarzeń. Medioznawca wskazuje na doświadczenia związane z informowaniem o samobójstwach i pracę, jaką branża wykonała w tym kierunku. W jego ocenie szkolenia, zalecenia i współpraca z instytucjami pomocowymi poprawiły praktykę dziennikarską w tym obszarze.

Podobnego działania potrzeba przy opisywaniu ataków: ustalenia, które szczegóły są potrzebne odbiorcom, jakiego języka używać i jak zachować proporcje między informowaniem a eksponowaniem przemocy.

Szynol zwraca uwagę na istniejącą konkurencję między mediami: presję, żeby poinformować szybciej, mocniej i w sposób, który przyciągnie odbiorców. Jednoznacznie stwierdza, że tragedia nie powinna stawać się narzędziem zdobywania kliknięć.

– Jak zrobić z tego materiał, który będzie w stanie wnieść odrobinę namysłu i czegoś pozytywnego, czegoś dobrego w tej całej złej sytuacji – tak opisuje zadanie stojące przed redakcjami.

Według medioznawcy potrzebna jest współpraca wielu stron: mediów, rodziców, szkół, wychowawców i instytucji udzielających pomocy. Dziennikarze powinni być częścią działań służących poprawie sytuacji, a nie eskalacji konfliktu. Ich celem jest bowiem informowanie, ale nie tworzenie z informacji sensacji.

Dariusz Faron, dziennikarz Wirtualnej Polski, wskazuje, że media społecznościowe przyzwyczaiły branżę i odbiorców do natychmiastowych reakcji. W przypadku tragedii ocenianie wydarzeń, zanim poznamy ich okoliczności, może jednak szkodzić.

W takich sytuacjach, jak ostatnie ataki w szkołach, powinniśmy patrzeć przede wszystkim na to, co przekazujemy odbiorcom. Tempo publikowania informacji powinno schodzić na drugi plan.

– Wbrew temu, do czego przywykliśmy w dzisiejszych czasach, nie na każdy temat trzeba mieć od razu opinię, tym bardziej radykalną. Nieraz warto, a wręcz trzeba po prostu poczekać i zdobyć więcej informacji, zanim zaczniemy cokolwiek oceniać – dodaje.

Szynol krytykuje chociażby sposób, w jaki Telewizja Republika wykorzystuje ostatnie wydarzenia w przekazie politycznym. Jak opisywaliśmy na łamach naszego portalu w 8 października, stacja podczas relacjonowania ataków wyświetlała paski: "Tragiczne żniwo lewackiej ideologii w szkołach Tuska i Nowackiej" oraz "Tusk zamiast psychiatrii dziecięcej finansuje rządową propagandę". Drugie hasło wykorzystała również jako tytuł materiału promowanego na swojej stronie. W ten sposób łączyła przemoc w szkołach z polityką premiera Donalda Tuska i ministry edukacji Barbary Nowackiej.

– Wykorzystywanie tego do nagonki politycznej – ocenia Szynol w rozmowie z Wirtualnymi Mediami. Podkreśla, że napuszczanie jednych na drugich nie pomaga młodym ludziom ani osobom, które mają ich wspierać.

Dr hab. n. med. Aleksandra Lewandowska, konsultantka krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, w kontekście działań Republiki podkreśla, że dziennikarzom, ale i każdemu z nas nie wolno stawiać znaku równości między problemami zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży oraz zachowaniami związanymi z przemocą wobec innych osób.

Powód jest prosty – zdecydowana większość dzieci i nastolatków doświadczających kryzysów psychicznych, korzystających z pomocy psychologa, psychoterapeuty czy psychiatry, nie przejawia przemocy wobec innych. Co więcej, to właśnie takie osoby są często narażone na odrzucenie, wykluczenie, stygmatyzację czy przemoc rówieśniczą.

– Niezwykle niepokojące byłoby dla mnie, gdyby konsekwencją tych dramatycznych wydarzeń stało się budowanie w świadomości społecznej przekonania, że dziecko korzystające z opieki psychiatrycznej jest potencjalnie niebezpieczne – stwierdza.

Lewandowska jako przykład podaje młodą osobę, która zdobywa się na ogromny wysiłek opowiedzenia o swoich problemach i poszukiwania pomocy w walce z depresją, lękiem czy innymi trudnościami psychicznymi.

A teraz słyszy w mediach, że leczenie psychiatryczne jest przedstawiane jako coś, co może świadczyć o zagrożeniu dla otoczenia. Jak taki młody człowiek ma to zrozumieć? Czy nie zacznie się obawiać, że koledzy spojrzą na niego inaczej? Że nauczyciele będą traktować go z większą podejrzliwością? Że lepiej będzie nikomu nie mówić, z czym się zmaga?

– Rozpoznanie psychiatryczne nie definiuje człowieka – podkreśla. – Nie chodzi oczywiście o negowanie tego, że w niektórych sytuacjach określone objawy psychopatologiczne mogą mieć znaczenie dla oceny zachowania i ryzyka przemocy. Chodzi o to, abyśmy nie wyciągali takich wniosków bez rzetelnej, indywidualnej oceny klinicznej – stwierdza.

Paweł Buczkowski z Wirtualnej Polski na X zwrócił uwagę na materiały lokalnych serwisów Radia Eska i "Super Expressu" dotyczące zabójstwa nastolatki w Białej Podlaskiej. Portale ponownie promowały historię z czerwca, przedstawiając ją jako nową i rozpowszechniając linki również w mediach społecznościowych.

Tytuły eksponowały przemoc, a jeden zawierał drastyczny opis obrażeń ofiary. Do wpisu odniósł się Rafał Madajczak, były redaktor naczelny Gazeta.pl, który skrytykował takie prezentowanie archiwalnych wydarzeń. – To jawne szerzenie dezinformacji i zwiększanie niepokoju społecznego – napisał na X.

O komentarz na ten temat poprosiliśmy Krzysztofa Głowińskiego-Lubiaka, PR managera Grupy ZPR Media, który wyjaśnił, że publikacje były związane z promocją archiwalnego odcinka podcastu "Pokój Zbrodni".

– Materiały, o których mowa, były odesłaniem do archiwalnego podcastu "Super Expressu" pt. "Pokój Zbrodni", co było oznaczone w tekście w następujący sposób: "Materiał pochodzi z lipca 2026 r. i jest częścią cyklu tekstów, które powstają w ramach programu »Pokój Zbrodni«" – przekazał nam.

Jak dodał, ponowne promowanie starszych odcinków podcastów, w tym produkcji true crime, jest standardową procedurą redakcji. Proces jest zautomatyzowany i – jak zapewnia przedstawiciel ZPR Media –nie miał związku z ostatnimi atakami w szkołach.

W odpowiedzi nie wyjaśniono jednak, dlaczego przy archiwalnych materiałach pojawiło się oznaczenie "4 godziny temu", które mogło sugerować, że dotyczą one nowego zdarzenia.

Nie odniesiono się również bezpośrednio do pytania, czy taki sposób ponownej dystrybucji treści o przemocy może wprowadzać odbiorców w błąd i potęgować poczucie zagrożenia. ZPR Media nie przedstawiły też szczegółowych zasad dotyczących promowania archiwalnych materiałów opisujących przemoc wobec dzieci i młodzieży, ograniczając się do wskazania, że jest to standardowa, zautomatyzowana procedura redakcyjna.

Michał Janczura, reporter Wirtualnej Polski zajmujący się m.in. psychiatrią i sytuacją dzieci, przestrzega przede wszystkim przed spekulowaniem o przyczynach ataków.

– Jeśli nie jestem czegoś pewien, to po prostu nic nie mówię. Na tym polega dziennikarstwo – mówi.

Zaznacza, że bez wiedzy o historii konkretnej osoby, jej wcześniejszym funkcjonowaniu i okolicznościach zdarzenia nie można odpowiedzialnie wyjaśniać jej zachowania. Dotyczy to także wypowiedzi ekspertów, którzy nie znają danego przypadku.

Aleksandra Lewandowska: – Przed publikacją należy więc przede wszystkim zweryfikować wiarygodność źródła informacji, jej aktualność, znaczenie dla opisywanego zdarzenia oraz to, czy ujawnienie danych dotyczących zdrowia psychicznego jest rzeczywiście uzasadnione interesem publicznym.

Janczura podkreśla, że materiały o problemach psychicznych młodych ludzi nie mogą stygmatyzować. On sam swoje publikacje konsultuje z ekspertami, do których ma zaufanie. Przyznaje przy tym, że jako reporter ma czas na weryfikację, którego często brakuje przy przygotowywaniu bieżących wiadomości.

W jego ocenie właśnie dlatego potrzebna jest wstrzemięźliwość: unikanie krzykliwych tytułów i wniosków, których nie uzasadniają ustalone fakty. Samo pojawienie się informacji choćby o leczeniu psychiatrycznym nie powinno zastępować wyjaśnienia tego, co się wydarzyło.

Faron zwraca uwagę, że media przyczyniły się do zwiększenia świadomości problemów psychicznych młodych ludzi. Jego zdaniem powinny nadal opisywać ich doświadczenia i sprawdzać, jaką pomoc otrzymują. Wskazuje przy tym na lukę między opieką medyczną a placówkami wychowawczymi.

– Zdarza się, że młody człowiek, który zmaga się z problemami psychicznymi i jednocześnie przejawia trudne zachowania, błąka się między placówkami medycznymi a wychowawczymi – mówi.

Jak wyjaśnia, szpital może uznać, że dalsza hospitalizacja nie jest potrzebna, podczas gdy placówka wychowawcza nie ma możliwości zapewnienia specjalistycznej pomocy psychiatrycznej. Obie instytucje wskazują na rzeczywiste ograniczenia, a młody człowiek pozostaje bez odpowiedniego wsparcia. – Istnieje luka w systemie, której wciąż nie udało się zasypać – podkreśla Faron.

– Zachowania agresywne, zwłaszcza tak dramatyczne, mogą wiązać się z wieloma czynnikami, indywidualnymi, rodzinnymi, środowiskowymi, relacyjnymi i sytuacyjnymi. Znaczenie może mieć historia wcześniejszej przemocy, dostęp do niebezpiecznych narzędzi, konkretne groźby czy przygotowania do ataku – dodaje Aleksandra Lewandowska.

Aurelia Jankowska, kierowniczka Centrum Pomocy Dzieciom w Starogardzie Gdańskim Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, zwraca uwagę na odpowiedzialność za osoby, których dotyczą publikacje. Przypomina, że skutki tragedii dotykają zarówno pokrzywdzonych i ich bliskich, jak i rodzin napastników.

– Dzisiaj cierpią osoby, które zostały ranne, rodzina zmarłej kobiety, ale nie należy zapominać o rodzinach napastników. Dla nich są to również trudne doświadczenia – mówi nam.

Jankowska apeluje o szczególną ostrożność wobec dzieci i młodzieży, które doświadczyły traumatycznych wydarzeń. Jej zdaniem dziennikarze nie powinni ich rozpytywać, nawet gdy młodzi ludzie deklarują gotowość do rozmowy.

– To, czego najbardziej potrzebują, to życzliwi dorośli, którzy będą towarzyszyć im w przeżywaniu emocji – podkreśla.

Nawet zgoda rodzica nie zwalnia nas z odpowiedzialności za ocenę, czy taka rozmowa rzeczywiście służy dobru dziecka.

– Nie odbierajmy dzieciom prawa do milczenia, prywatności i przeżywania trudnych doświadczeń we własnym tempie. Media mają obowiązek informowania społeczeństwa, ale nie mają obowiązku pokazywania wszystkiego, a odpowiedzialność za słowo nie jest ograniczaniem wolności dziennikarskiej – dodaje.

Aurelia Jankowska wyjaśnia, że nagranie pozostaje w przestrzeni publicznej także wtedy, gdy emocje już opadną. Dziecko może podczas rozmowy płakać czy mieć trudności z wypowiedzeniem się. Utrwalona reakcja może później stać się powodem wyśmiewania przez rówieśników. Tymczasem młodzi ludzie potrzebują spokoju i przestrzeni na przeżywanie żałoby. Źródłem informacji dla mediów powinni być dorośli, m.in. rodzice i przedstawiciele służb.

Jankowska zwraca również uwagę na liczbę publikacji i sposób prowadzenia rozmów na antenie. – Należy skupić się na faktach, nie epatować grozą, przerażeniem, a materiały publikować w rozsądnych ilościach – zaznacza.

W jej ocenie kolejne wypowiedzi ekspertów nie muszą pomagać odbiorcom, jeśli towarzyszą im pytania potęgujące strach. Takiego przekazu nie potrzebują ani dzieci, ani dorośli.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę opublikowała również apel do redaktorów naczelnych, dziennikarzy i osób prowadzących redakcyjne media społecznościowe. Wskazała, że alarmistyczne nagłówki i sensacyjne relacje z ataków oraz gróźb ataków w szkołach pogłębiają lęk dzieci, młodzieży i rodziców. Ostrzegła również, że nadmierny rozgłos może sprzyjać zachowaniom naśladowczym.

Fundacja wezwała do publikowania zweryfikowanych informacji, odsyłania do oficjalnych komunikatów instytucji publicznych i ochrony prywatności osób opisywanych w materiałach. Zaapelowała o spokojny, precyzyjny i empatyczny język, uwzględniający to, że odbiorcami wiadomości są również dzieci.

– Słowa nie tylko opisują rzeczywistość. Mogą również zwiększać lęk albo pomagać go ograniczyć – podkreślono w apelu.

Aleksandra Lewandowska zwraca również uwagę na język wykorzystywany przez media przy opisywaniu ataków w szkołach. Jej zdaniem dziennikarze powinni unikać określeń, które sprowadzają człowieka do diagnozy psychiatrycznej lub pojedynczego zachowania.

– Sformułowania takie jak "psychicznie chory napastnik", "wariat", "psychopata", "nieobliczalny nastolatek" czy "psychiatryczny przypadek" nie pomagają zrozumieć wydarzenia. Wzmacniają natomiast stereotypy, lęk i społeczne uprzedzenia – podkreśla.

Ekspertka przestrzega również przed nagłówkami sugerującymi, że przemoc wśród młodzieży przybiera rozmiary epidemii. Jako przykłady podaje określenia "epidemia młodocianych morderców", "szkoły pod ostrzałem" czy "każdy nastolatek może być zagrożeniem". Jej zdaniem takie komunikaty potęgują poczucie zagrożenia, nie dostarczając jednocześnie informacji, które pozwalałyby odbiorcom odpowiednio reagować.

Lewandowska zwraca też uwagę na publikowanie drastycznych szczegółów dotyczących przebiegu ataków, wielokrotne pokazywanie nagrań przemocy czy szczegółowe opisywanie działań sprawców.

– Nie ma potrzeby wielokrotnego pokazywania nagrań ataku, rekonstruowania sposobu działania sprawcy, eksponowania użytej broni czy upowszechniania jego wypowiedzi, manifestów i materiałów przygotowanych na potrzeby rozgłosu. Media powinny informować o faktach istotnych dla bezpieczeństwa i zrozumienia sytuacji, ale nie dostarczać gotowego scenariusza kolejnych zachowań przemocowych – zaznacza.

Faron przestrzega również przed publikowaniem informacji o bliskich sprawcy i ujawnianiem jego miejsca zamieszkania. Z niepokojem obserwuje rozpowszechnianie drastycznych materiałów w mediach społecznościowych. Przywołuje atak na Uniwersytecie Warszawskim, po którym w serwisie X szybko pojawiły się zdjęcia i nagrania, często zamieszczane przez anonimowe konta.

– Nie łudźmy się, że za udostępnianiem takich materiałów stoi interes społeczny. Jeśli nagrywamy czyjąś śmierć, a następnie upubliczniamy takie nagranie na portalu społecznościowym, mogą je zobaczyć bliscy tej osoby. Wtedy skutki mogą być katastrofalne – mówi Dariusz Faron.

Dziennikarz przypomina swój reportaż o mężczyźnie, który znalazł w internecie nagrania śmierci partnerki. Jak relacjonuje, mężczyzna przez długi czas zabiegał o usunięcie materiałów i zablokowanie ich dalszego rozpowszechniania. Obawiał się, że zobaczą je jego dzieci.

– Dla mnie publikowanie takich treści, żeby podbić sobie popularność, to zwykłe krzywdzenie ludzi. To coś, czego nie potrafię zrozumieć – podkreśla.

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne w zaleceniach dla dziennikarzy proponuje, żeby przed publikacją zadać pytanie, czy informacja o zdrowiu psychicznym ma znaczenie dla opisywanej historii. Jeśli nie, nie należy jej zamieszczać. Specjaliści przestrzegają przed opieraniem informacji o chorobie na pogłoskach i używaniem określeń, które sprowadzają człowieka do diagnozy.

Po strzelaninach w Uvalde i Buffalo w 2022 roku towarzystwo podkreślało, że zdecydowana większość osób z chorobami psychicznymi nie stosuje przemocy. Ostrzegało wtedy, że przedstawianie ich jako zagrożenia może pogłębiać stygmatyzację i utrudniać szukanie leczenia, nie rozwiązując przyczyn przemocy.

Ragy Girgis, psychiatra z Uniwersytetu Columbia badający masowe zabójstwa, wskazywał z kolei na błędne utożsamianie okrucieństwa z chorobą psychiczną. W rozmowie opublikowanej przez uczelnię podkreślał również, że sensacyjne nagłówki i eksponowanie sprawców dostarczają im rozgłosu, którego mogą poszukiwać. Zalecał ograniczanie publikacji ich danych osobowych.

Faron, mówiąc o pracy reporterskiej z osobami, które doświadczyły krzywdy, podkreśla, że każda historia wymaga indywidualnego podejścia. Jedna osoba chce opowiedzieć o swoim bólu, dla innej już samo pytanie dziennikarza może przekraczać granice.

– Nauczyłem się, żeby zawsze stawiać na szczerość. Na początku rozmowy wyjaśniam bohaterowi, dlaczego chcę o nim pisać i jaki jest cel powstania artykułu. Zaznaczam, że kiedy rozmawiamy o czymś bardzo trudnym i bolesnym, to on wyznacza granice – mówi.

Dodaje, że reportaż wymaga szczegółów, więc nie da się całkowicie uniknąć trudnych pytań. Prosi jednak rozmówców, żeby sygnalizowali, gdy rozmowa staje się dla nich zbyt bolesna.

Janczura kwestionuje również zasadność rozpowszechniania nagrań i materiałów z internetowych profili napastników. Zwraca uwagę, że taki przekaz może pogłębiać strach i zapewniać uwagę osobom, które dokładnie tego szukają.

– Informować o zdarzeniu, nie budować marki sprawcy – tak ujmuje tę zasadę Piotr Toczyski, badacz mediów i komunikacji społecznej z Akademii Pedagogiki Specjalnej.

Za ryzykowne uznaje eksponowanie nazwiska i wizerunku napastnika, zwłaszcza pozowanych zdjęć lub fotografii z bronią. Wskazuje też na publikowanie jego nagrań i manifestów, szczegółowych opisów przygotowań oraz rankingów przedstawiających atak jako "najkrwawszy".

– Każde kolejne wyświetlenie tych samych dramatycznych materiałów wzmacnia przekaz, że przemoc zapewnia widoczność – ocenia Toczyski.

Jego zdaniem uwagę należy przesuwać na osoby pokrzywdzone, społeczność i reakcję instytucji, z poszanowaniem prywatności. Rzetelne informowanie nie wymaga odtwarzania scenariusza ataku.

Faron wskazuje na nagrania z groźbami, które pojawiały się w internecie po atakach w szkołach. W jego ocenie część ich autorów dostrzegła w tych wydarzeniach szansę na zdobycie rozgłosu. – Uważam, że dalsze rozpowszechnianie takich treści niczemu nie służyło, a jedynie zwiększało panikę w społeczeństwie – zaznacza.

W Stanach Zjednoczonych podobne zalecenia formułowała Kelly McBride, dziennikarka i ekspertka od etyki mediów związana z Poynter Institute. W poradniku dotyczącym relacjonowania masowych strzelanin rekomendowała rzadkie używanie nazwiska sprawcy – tylko wtedy, gdy jest ono niezbędne do zrozumienia wydarzeń. Przestrzegała również przed zdjęciami, które osoby skłonne do przemocy mogłyby odczytać jako gloryfikowanie napastnika.

W polskich realiach istotne jest jednak szersze pytanie: ile miejsca poświęcać sprawcy i które informacje o nim rzeczywiście służą odbiorcom. Nawet bez podania pełnego nazwiska można budować jego rozpoznawalność, wielokrotnie pokazując zdjęcia, przytaczając wpisy z internetu czy rozpowszechniając nagrania.

Psycholożka Jillian Peterson, współzałożycielka The Violence Project, w podcaście Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego wskazywała, że dla części sprawców rozgłos jest częścią planu. Chcą być znani, a działania mają wywoływać strach u oglądających, gdy pozostawione przez nich materiały będą zdobywały popularność w sieci. – Możemy mówić o ofiarach i służbach ratunkowych, nie poświęcając sprawcy tyle uwagi, ile poszukuje – podkreślała.

Peterson przywoływała inicjatywę No Notoriety, założoną przez Toma i Caren Tevesów, których syn zginął w strzelaninie w kinie w Aurorze. Rodzice sprzeciwili się sytuacji, w której twarz zabójcy dominowała w przekazie, a osoby przez niego zabite pozostawały w cieniu.

Toczyski przywołuje badania nad masowymi zabójstwami i strzelaninami w amerykańskich szkołach, w których analizowano czasowe skupianie się podobnych zdarzeń. Zastrzega jednak, że wyników tych prac nie można automatycznie przenosić na Polskę i ataki z użyciem noży.

– Te badania nie mówią, że media "tworzą" sprawców. Mówią, że rozgłos może wpływać na czas, formę i styl działania osób, które już są w kryzysie i mają wrogie zamiary – wyjaśnia.

W odniesieniu do konkretnego ataku potrzebne są przesłanki wskazujące na inspirację wcześniejszymi wydarzeniami. Mogą to być m.in. odwołania do innych napastników, udokumentowane zainteresowanie ich działaniami czy ustalenia wynikające z przesłuchania i opinii biegłego.

– Sama seria doniesień o zatrzymaniach nie jest takim dowodem. Może odzwierciedlać większą czujność szkół, rodziców i policji oraz częstsze zgłaszanie zdarzeń – zaznacza.

Ostrożności wymagają również doniesienia o rzekomych internetowych "wyzwaniach". Według Toczyskiego ostrzeżenia dorosłych i mediów mogą nadać takim treściom większy zasięg niż ich pierwotna publikacja.

– Ostrzeżenie, które podaje nazwę wyzwania, jego zasady i zrzuty ekranu, staje się instrukcją – mówi.

Zaleca weryfikowanie doniesień z odpowiednimi instytucjami, wyraźne oznaczanie niepotwierdzonych informacji i rezygnację z rozpowszechniania nazw, hasztagów oraz reguł takich "wyzwań". Zamiast nich warto przekazywać praktyczne informacje: gdzie zgłaszać groźby, kiedy reagować natychmiast i jak szukać wsparcia.

Faron wskazuje, że w relacjach o kolejnych zatrzymaniach należy mocno eksponować oficjalne stanowisko służb. Jak zauważa, niepotwierdzone doniesienia o internetowym "wyzwaniu" stały się już podstawą komentarzy ekspertów i analiz. W jego ocenie powstała w ten sposób narracja o skoordynowanych działaniach młodych ludzi, mimo że policja nie potwierdzała tych informacji.

– Tuż po atakach w mediach społecznościowych masowo udostępniano screeny nieznanego pochodzenia. Ktoś pisał w nich, że ma rzekome informacje z policji i że planowane są kolejne ataki. Nie znaliśmy tak naprawdę źródła tych informacji ani tego, kim są ich autorzy. Udostępnianie tego typu treści jest bardzo ryzykowne, a często szkodliwe – podkreśla.

Dziennikarz pozytywnie ocenia natomiast zwyczaj zamieszczania przy materiałach o psychiatrii i kryzysach psychicznych informacji o dostępnej pomocy. Nie podziela jednak przekonania, że uda się zapewnić powszechne przestrzeganie wspólnych reguł.

– Patrząc na to, ile treści powstaje dzisiaj i w jakim tempie pracują media, nie wierzę, żeby udało się stworzyć sztywny zbiór reguł, których wszyscy będą przestrzegać – mówi Faron.

Aleksandra Lewandowska zwraca także uwagę na konsekwencje medialnych doniesień dla dzieci i rodziców, którzy po informacjach o kolejnych atakach zaczynają obawiać się o bezpieczeństwo w szkołach. Dorośli nie powinni bagatelizować tych obaw, ale też nie mogą wzmacniać ich przez nieustanne oglądanie nagrań przemocy, przekazywanie niesprawdzonych informacji czy sugerowanie, że zagrożenie jest powszechne.

Zamiast kolejnych ostrzeżeń i zakazów radzi zapytać dziecko, co wie o wydarzeniach, jak się z nimi czuje i czego najbardziej się obawia. Podkreśla przy tym, że reakcje dzieci mogą być bardzo różne – od potrzeby rozmowy po wycofanie i pozorną obojętność.

– Bądźmy uważni na zmianę zachowania, problemy ze snem, nasilony lęk, wycofanie z relacji czy trudności z powrotem do codziennych aktywności. Warto jednak pamiętać, że nie każda emocjonalna reakcja na dramatyczne wydarzenie wymaga interwencji psychiatrycznej – wyjaśnia.

Jeżeli szkoła funkcjonuje normalnie, a służby nie stwierdziły konkretnego zagrożenia, ekspertka zaleca podtrzymywanie codziennej rutyny. Innego postępowania wymagają jednak sytuacje, w których pojawiają się wiarygodne groźby lub dziecko bezpośrednio doświadczyło przemocy.

Lewandowska apeluje również do redakcji, aby publikacje dotyczące tragedii nie ograniczały się do opisywania przebiegu wydarzeń. Powinny zawierać informacje o dostępnej pomocy psychologicznej, telefonach zaufania, wsparciu w szkołach oraz placówkach opieki psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży.

– Samo podanie numeru telefonu nie wystarczy. Młody człowiek musi również uwierzyć, że może z tej pomocy skorzystać bez wstydu, lęku przed oceną czy obawy, że zostanie zlekceważony – podkreśla.

Jak dodaje, bezpieczeństwo dzieci nie sprowadza się wyłącznie do zabezpieczeń budynków, obecności służb czy szkolnych procedur. Równie istotne jest przekonanie młodego człowieka, że jego obawy zostaną potraktowane poważnie, a prośba o pomoc spotka się z reakcją dorosłych.

Rozmówcy Wirtualnemedia.pl wskazują na potrzebę zasad, które redakcje będą stosować również pod presją czasu i rezygnację z tworzenia treści, które mają zdobywać zasięg. – Potrzebujemy dziennikarstwa, którego celem jest wspieranie czytelników, a nie walka o kliki – mówią.

Wybierz źródło informacji: